POWRÓT DO PRACY CZY E-BIZNES?

POWRÓT DO PRACY CZY E-BIZNES?

PRACA ONLINE, W GABINECIE PREZESA

Kiedy mój pierwszy urlop macierzyński dobiegł końca, nasz czas we dwoje (mój i mojej Córy Jedynej) nie. Dlaczego? Ponieważ prowadzę własny e-biznes. Nie musiałam zatem wybierać: czy zostać w domu i poświęcić się wychowywaniu dziecka oraz prowadzeniu domu, czy też wrócić do pracy na etacie.

Prawdę mówiąc – ciarki mnie przechodzą na myśl o tym, że miałabym pracować u kogoś w firmie. Na szczęście, że zainteresowałam się marketingiem internetowym już jakiś czas temu i jeszcze przed narodzinami Córki Jedynej wiedziałam, że będzie to biznes, który na pewno będę prowadzić.

To jedyna szansa na bycie (według mnie) szczęśliwą i spełnioną mamą, która realizuje się macierzyńsko i zapewnia bezpieczeństwo finansowe swojej rodzinie bez uszczerbku na relacjach z dzieckiem.

Usłyszałam nie raz kilka nieprzychylnych opinii na temat swojego zajęcia. W pierwszej kolejności zarzucono mi, że biznes internetowy to nie biznes i zdaje mi się, że zarobię tam jakiekolwiek pieniądze. Następnym zarzutem było to, że muszę pracować w domu – czyli tak naprawdę nie mogę od niego w ogóle odpocząć. Odpowiadam: po pierwsze: pieniądze są, inaczej nie prowadziłabym własnej strony internetowej oraz nie miałabym zautomatyzowanego systemu. Wy natomiast nie przyszlibyście tutaj, gdyby nie reklama na Facebooku lub Instagramie (nie jest to darmowa usługa). Drugi zarzut mnie śmieszy, ponieważ moja praca ogranicza się do posiadania laptopa i dostępu do Internetu. Więc jeśli chcę sobie odpocząć, to… Wychodzę z laptopem w ręku i idę przed siebie, siadam, pracuję a następnie wracam do domu – z utęsknieniem.

ALE… O CO CHODZI?


Mój e-biznes rozliczany jest jak normalna praca. Jedno jest jednak inne – nie muszę obawiać się, że jeśli moja Córa Jedyna będzie mnie potrzebować – mój pracodawca tego nie zrozumie i każe mi przyjść do pracy. Jeśli będę musiała wziąć kilka dni wolnego, sama je sobie przyznam. A w momencie, gdy tylko będę mogła przystąpić do pracy – wezmę się za nią. Tylko od efektów zależy, jak i ile zarobię pracując w Internecie.

Jestem dostępna mailowo, telefonicznie w określonych godzinach, a czy pracę wykonuję do południa czy wezmę się za nią dopiero o 22:00 – to już moja sprawa. Liczą się efekty, zaangażowanie i możliwości. Uważam, że jest to najlepsze rozwiązanie dla świeżo upieczonej mamy. Dzięki e-biznesowi jestem spełniona na polu finansowym oraz szczęśliwa w roli pełnoetatowej mamy.

Nie jest to jednak najłatwiejsza droga zarabiania. Na początku funkcjonowałam trochę jak zombie. W ciągu dnia trudno mi było znaleźć moment spokoju i skupienia na przygotowanie merytoryczne materiału dla klientów. Najczęściej za pracę zabierałam się późnym wieczorem, gdy Córa Jedyna szła spać. Do takiego trybu da się przyzwyczaić a zalety są ogromne – więcej czasu poświęcam swojej Córce. Na niczym nie zależy mi bardziej.

OD KIEDY TAK ŻYJĘ?


E-biznesem zainteresowałam się w 2014 roku, w momencie poznania mojego ukochanego. We wrześniu 2014 roku podjęłam pierwsze kroki – zaczęłam naukę, szkolenia w tym temacie i zgłębiałam wiedzę tego „zajęcia”. Później przyszedł czas na to, żeby wysłuchać wszystkich negatywnych opinii na temat e-biznesu. Załamało mnie, że obracam się wśród ludzi, których interesuje życie tylko w schemacie – praca na etacie – odpoczynek w domu – wakacje raz w roku. Pewna byłam tego, że nie chcę takiego życia, dlatego zaczęłam budować swój e-biznes pomimo tych negatywnych opinii.

W 2015 roku dowiedziałam się, że jestem w ciąży i… Przestałam rozwijać swój biznes a zajęłam się przygotowywaniem do najważniejszej roli w moim życiu – bycia Mamą. Dopiero w 2016 roku – pół roku po urodzeniu Córy Jedynej – wróciłam do tematu i na nowo rozpoczęłam budowę firmy.

CZY TO TRUDNE?


Budowanie mojego e-biznesu trwało około 9 miesięcy – o 8 miesięcy za długo. Za każdym razem, kiedy chciałam już wystartować z tematem uważałam, że to nie jest najlepszy czas. Dopiero w lutym 2017 roku przyznałam sama przed sobą, że dobrego momentu nigdy nie będzie. „Zrób to i zobacz, co się stanie” – piękny cytat zasłyszany u jednej #instamamy. I tak się stało – zrobiłam krok milowy i zaczęłam na poważnie realizować (a nie tylko budować) swój e-biznes.

Czym jest w ogóle marketing internetowy? To forma marketingu, używająca jako medium Internetu i strony WWW. Działania te służą do przesłania informacji marketingowej i pozyskania klientów. Długo mogłabym o tym pisać, ale najprościej będzie zaprosić Cię na moją stronę – cashinhome.pl – tam dowiesz się szczegółów zapisując się m.in. na newsletter.

CZY TO POPULARNE?


W 2015 roku w taki sposób swoją pracę wykonywało zaledwie 6,4 proc. ogółu zatrudnionych w Polsce. Mimo, że tyle się mówi o elastyczności na rynku pracy, o konieczności pomocy kobietom powracającym na rynek po urodzeniu dziecka i generalnie o ułatwianiu godzenia pracy zawodowej z życiem rodzinnym, to mam wrażenie, że na godzenie ról i elastyczność mogą pozwolić sobie raczej mężczyźni. Nie chcę uogólniać ale zwrócić uwagę na system, który stawia kobiety w pozycji istot, w których żyłach, zamiast krwi, płynie płyn do prania.

Nie zrozum mnie źle – to nie oznacza również, że jestem kobietą wyzwoloną, mało rodzinną i nie lubiącą domowych zajęć. Nie. Jest we mnie sporo z przysłowiowej kury domowej, która – choć czasami narzeka na te wszystkie przyziemne obowiązki  – czerpie z nich jednocześnie pewną satysfakcję (głównie wtedy, kiedy już je zakończę) i czuję się w ten sposób potrzebna.

Rzecz ma się w tym, że w społecznej świadomości po urodzeniu dziecka kobieta wraca do pracy po skończonym urlopie macierzyńskim, albo wybiera zajmowanie się domem i dziećmi. Nie rozumiem jedynie, dlaczego skazuje się kobiety na taki warunek albo – albo? Świat nie jest czarno – biały, nasze życie tym bardziej.

CZY W OGÓLE WARTO?


Po urodzeniu Córy Jedynej myślałam przez chwilę, że może tak będzie lepiej – zostać w domu, poświęcić Jej cały swój czas. Zająć się obowiązkami domowymi i pielęgnowaniem ciepła i miru domowego. Szybko mi przeszło. Poczułam tęsknotę za ludźmi, za poczuciem misji. Zdecydowałam się zatem na kontynuowanie e-biznesu w momencie, kiedy Córa Jedyna miała ponad pół roku. Jest to dla mnie rodzaj kompromisu. Dzięki temu znalazłam swoją niszę, miałam możliwość poznania nowych ludzi, nawiązania nowych kontaktów, spełniania się zawodowo, poczucia się potrzebną i szczęśliwą. Niespodziewanie okazało się, że przez to miałam też więcej radości i energii dla swojej Córki! W końcu szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.

Dlaczego zatem tak mało kobiet podejmuje pracę w Internecie? Dlaczego tak mało się o niej mówi i nikt praktycznie nie bierze jej pod uwagę? Wynika to głównie z niewiedzy. Marketing internetowy w Polsce dopiero raczkuje.

Bardzo często mylnie uważa się, że najbezpieczniejszą formą pracy jest etat. „Najlepiej mieć kogoś, kto mi czas w pracy zorganizuje a ja będę siedzieć cichutko, żeby nikt mnie nie zauważył – może wtedy popracuję aż do emerytury i dostanę na starość marne grosze z ZUS-u” – ot, najnowsza filozofia. Głupia, ale popularna.

Moja praca powoduje, że jestem bardziej wydajna i nauczyłam się rozporządzać swoim czasem. Ale umówmy się – zdarzy mi się w „godzinach pracy” wyjść z Córką na spacer czy pooglądać telewizję bez celu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że rozliczam się sama przed sobą i jeśli jakiegoś projektu nie skończę, nie będę miała pieniędzy. To mi daje bardzo dużą motywację, by swoją pracę wykonać – tym bardziej, że przychodzi mi ona z łatwością ze względu na pasję w tym, co robię.

Tekst ten nie jest po to, aby przekonać wszystkich ojców i matki, by do końca życia pracować zdalnie (chociaż byłoby to ciekawe zjawisko). E-biznes to nie jedyny sposób na działalność zawodową, kiedy mamy rodzinę. To rozwiązanie na początek dla każdego rodzica, który potrzebuje zastrzyku gotówki oraz dla tych, którzy nie chcą męczyć się w korpo do końca swych dni.

Nie każdy może sobie pozwolić na nianię, nie każdy chce oddać dziecko do żłobka, nie każdy ma w pobliżu dziadków. Dlatego polecam e-biznes z całą odpowiedzialnością. Nie żałuję ani jednej decyzji, która przybliżała mnie do biznesu online –  przybliżyło mnie to do niezależności finansowej na której niezmiernie mi zależało.

Chociaż w Polce mało jest mam pracujących w marketingu internetowym, mam nadzieje, że wkrótce stanie się to normą. Przy tak zaawansowanych technologiach, którymi dysponujemy, niemożliwe jest aby stało się inaczej.

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 3

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 3

MATCZYNE PRAKTYKI, ZDROWIE

Trzecia i ostatnia część z cyklu: „Dziecko wegetariańskie” to mnóstwo przepisów, które warto wykorzystać u siebie w kuchni. Najlepiej od razu!

Proste, do zrobienia przez każdego a przede wszystkim jakie zdrowe!

 

PODSUMOWANIE


Tworząc tę serię chciałam przekazać informacje na temat wegetarianizmu, których mi w pewnym momencie zabrakło. Zebrałam zatem wszystkie materiały które przeczytałam i stworzyłam 3 części wpisów dla rodziców głównie po to, aby wyjaśnić, że wegetarianizm to nic nienormalnego ani „dziwnego” a dziecko, które nie spożywa białka zwierzęcego nie musi mieć od razu niedoborów żelaza. Jeśli nie jesteś przekonany, czy to prawda, zachęcam do przeczytania raz jeszcze części pierwszej: kliknij tutaj: „Dziecko wegetariańskie cz. 1” oraz części drugiej – kliknij tutaj: „Dziecko wegetariańskie cz. 2”.

Przepisy, które znajdziesz na dole, zostały przygotowane dzięki uprzejmości wspaniałej mamy – Laury Sokolskiej, która daje mnóstwo inspiracji dotyczących właśnie kuchni bezmięsnej. To dzięki Niej możesz wejść teraz do kuchni i stworzyć mistrzowskie dania. 🙂 Polecam Ci jej profil na Instagramie: @matkoopolko na którym znajdziesz dużo ciekawych propozycji wegetariańskich.

Jeśli będziecie chcieli więcej inspiracji kuchni wegetariańskiej – dajcie znać! Postaramy się przygotować coś jeszcze. 🙂


Smacznego!

PRZEPISY WEGE DLA CAŁEJ RODZINY:

 

WARZYWNE CURRY Z CZERWONĄ SOCZEWICĄ

Składniki:

-łyżka masła bądź oleju kokosowego

-puszka mleka kokosowego

-łyżka passaty pomidorowej

-pół szklanki czerwonej soczewicy

-pół małego batata

-garść zielonej fasolki szparagowej

-1/3 szklanki zielonego groszku

-kilka różyczek kalafiora

-sól

-pieprz

-przyprawa curry

Przygotowanie:

1. W garnku rozpuścić masło bądź olej kokosowy (wersja wegańska). Dodać pokrojonego w kostkę batata, zielony groszek, kalafior oraz pokrojoną w 3 części fasolkę szparagową. Dodać łyżkę passaty pomidorowej, łyżkę curry i smażyć przez około 2,3 minuty. 2. Dodać około 1/3 mleka kokosowego z puszki, najlepiej omijając wodę, starajmy się wlać tylko stałą masę. Mieszamy. Dodajemy 1/2 szklanki wody i pół szklanki soczewicy. Dusimy na małym ogniu przez około 20 minut lub do momentu w którym warzywa będą miękkie. Na końcu przyprawiamy odrobiną pieprzu i soli (ja pomijałam sól dopóki dziecko nie skończyło roczku.)

KLUSKI ŚLĄSKIE Z BATATÓW

Składniki:

-1 duży batat

-80g mąki kukurydzianej

-100g mąki ziemniaczanej

-Łyżka płatków drożdżowych

-Pieprz

-Sól

Przygotowanie:

1. Batata umyj, bez obierania upiecz przez godzinę w piekarniku (180 stopni) 2. Wystudź, zdejmij skórkę i zblenduj lub ugnieć widelcem. 3. Do masy dodaj płatki drożdżowe, mąkę kukurydzianą & ziemniaczaną, szczyptę pieprzu i soli. Dokładnie wymieszaj. Dodaj więcej mąki jeżeli masa wyjdzie zbyt rzadka i klejąca. 4. Formuj kulki i rozłóż na desce posypanej mąką ziemniaczaną. 5. Wkładaj na około 4 minuty do gotującej się wody. Bardzo ważne jest, żeby woda była wrząca.

BROKUŁOWE KLOPSIKI Z KASZY JAGLANEJ

Składniki:

-Szklanka ugotowanych brokułów

-Pol szklanki suchej kaszy jaglane

-Łyżka płatków drożdżowych

-Ząbek czosnku

-Pieprz

-Sol

-Oregano

-1/3 szklanki mąki ziemniaczanej

-Łyżeczka oliwy

Przygotowanie:

1. Ugotuj kaszę, dodaj do miski razem z ugotowanymi brokułami, przyprawami, oliwą oraz mąką. Ugnieć masę rękoma. Pamiętaj, żeby odcedzić wcześniej kaszę i brokuły z nadmiaru wody. 2. Rozgrzej piekarnik do 200 stopni. Uformuj klopsiki i wstaw do piekarnika na około 25 minut. 3. Podawaj z makaronem i sosem pomidorowym lub warzywami na parze.

PRZEMYCAMY ZIELONE WARZYWA CZYLI GREEN SMOOTHIE NA ŚNIADANIE 

Składniki:

– 1 dojrzały banan (musi być słodki)
– 1 dojrzała brzoskwinia
– Szklanka jarmużu
– 1 dojrzałe awokado
– 1/3 szklanki soku z cytryny
– Łyżka nasion chia bądź inny ‚super food’ (dobrze sprawdza się spirulina hawajska – nadaje głębokiego, zielonego koloru a przy tym jest skarbnicą witamin i minerałów)
– Szklanka wody lub mleka roślinnego np. kokosowego.

Przygotowanie:

1. Wszystkie składniki wrzucamy do blendera kielichowego
2. Jeżeli koktajl wciąż jest zbyt gorzki, dodajemy łyżkę syropu z agawy.

NAJPROSTSZY PRZEPIS NA WEGE LODY Z BANANÓW

Składniki:

-2 dojrzałe banany (zielone sie nie sprawdza)

-Łyżka cynamonu

-1/3 cytryny

-Dowolne owoce do dekoracji

Przygotowanie:

1. Najlepiej dzień przed obieramy banany, kroimy na 1cm kawałki, skrapiamy sokiem z cytryny i wrzucamy do zamrażarki 2. Następnego dnia wyjmujemy banany, czekamy około 15min żeby zaczęły się odmrażać. 3. Wrzucamy do blendera wraz z łyżka cynamonu. Jeżeli mikser ma trudności z blendowaniem, dodaj odrobinę mleka roślinnego np. kokosowego. 4. Podajemy z dowolnymi dodatkami. U nas sprawdza się masło orzechowe i syrop klonowy.

JAK ZDOBYĆ DARMOWE PRÓBKI PRODUKTÓW DLA DZIECI?

JAK ZDOBYĆ DARMOWE PRÓBKI PRODUKTÓW DLA DZIECI?

MATCZYNE PRAKTYKI, PORADY

JAK I GDZIE?


To pytanie błąkało się po mojej głowie w czasie pierwszej ciąży już od 4 miesiąca. Nie chciałam kupować wszystkiego w pełnych wersjach (nie chcąc marnować pieniędzy przy ewentualnym niezadowoleniu z produktu) dlatego poszukałam alternatyw. Na szczęście istnieją programy, w których wystarczy się zarejestrować i można oczekiwać na paczki z produktami.

Postanowiłam zatem spisać wszystkie programy, które znalazłam i w których (w większości) sama uczestniczę.

Oto one:

  1. Produkty Nestle: KLIK
  2. Produkty Bebiko: KLIK
  3. Produkty Hipp: KLIK
  4. Newsletter magazynu LEGO: KLIK
  5. Produkty BabyOno: KLIK
  6. Próbki marki P&G: KLIK
  7. Produkty Momme: KLIK
  8. Produkty BoboVita: KLIK
  9. Możliwość testowania różnych produktów w programie Streetcom: KLIK
  10. Produkty Lovela: KLIK
  11. Testowanie zabawek: KLIK

 

WAŻNE!


Wpis będę na bieżąco aktualizować jak tylko znajdę kolejne ciekawe programy i marki, oferujące darmowe próbki produktów do testowania.

Żeby nie ominąć żadnego wpisu, polub mój Fanpage na FB – LINK

Dzięki temu będziesz na bieżąco z każdym nowym wpisem!

Przyjemnego testowania! 🙂

W CZYM TWOJE DZIECKO JEST LEPSZE?

W CZYM TWOJE DZIECKO JEST LEPSZE?

MATCZYNE PRAKTYKI, PSYCHOLOGIA

Jestem tego świadkiem i uczestnikiem zarazem. Porównywanie dzieci – już od momentu zobaczenia na teście ciążowym dwóch kreseczek. Czy aby nie za wcześnie na takie ekscesy?

W pierwszej ciąży nie uczestniczyłam w tym, ponieważ była to dla mnie zupełna nowość. Nie miałam ochoty na rozmowy na temat dzieci oraz macierzyństwa – przerażało mnie to i wolałam w ciszy i spokoju domowego miru zmagać się z tym poprzez pochłanianie coraz to nowych pozycji książkowych.

Teraz jest jednak inaczej. Mając już jedno dziecko i będąc w ciąży kolejnym, jestem uważana za 100% matkę polkę, która musi uczestniczyć w rozmowach z kobietami – czy to ciężarnymi, czy matkami – gdzie tematem numer jeden jest wielkość i waga płodu oraz waga mamy.

 

LICYTACJA?


Wszystko zaczyna się już w poczekalni u ginekologa. Porównywanie przebiegu ciąży, szybkość przybierania mamy oraz dziecka na wadze, aktywność naszego maluszka, ilość jego ruchów. Kiedy dochodzi do szczęśliwych narodzin i trzymamy w rekach kilku kilogramowego bobasa zastanawiamy się, czy nasze dziecko jest takie samo jak dziecko sąsiadki z łóżka obok? Czy potrafi ssać? Czy przesypia noc? Czy ma włosy długie, czy wcale?

Wszystko ustalamy tak, aby nasze dziecko było najlepsze we wszystkim. A jeśli w czymś nie jest najlepsze (zaczęło raczkować później, niż to się ogólnie przyjęło) wtedy głośno nie mówimy o takich rzeczach.

 

CZYJA TO WINA?


Kiedyś nie było tylu publikacji na temat rodzicielstwa. Wiedza była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dlatego też moja mama nie może zrozumieć, jak to jest, ze wiedziałam przy pierwszej ciąży na temat dzieci tyle, co ona po wychowaniu trójki. Dostatek źródeł pozwala na stanie się „ekspertem”. Czy jest to jednak dobre? Czy wiedza, którą nabywamy jest sprawdzona? I w końcu, co jest sprawdzone, skoro wszystko dzisiaj można podważyć – nawet wyniki badań laboratoryjnych?

 

KIEPSKA Z NAS PORÓWNYWARKA


Porównywanie zawsze kończy z korzyścią dla naszego dziecka. Dopóki nasze pociechy nie rozumieją, że są poddawane ocenie i porównaniom z ich rówieśnikami, proces ten na szczęście je omija. Ale przychodzi ten moment, kiedy to dziecko zada pytanie: „Mamo/Tato, która praca jest najładniejsza?” wskazując na rysunki wszystkich dzieci zrobione na zajęciach w przedszkolu. Jako rodzice nie jesteśmy obiektywni i odpowiadamy sercem, nie rozsądkiem. Jak bowiem powiedzieć swojemu dziecku, że jego praca nie jest najładniejsza?

Wiem, ja też czuję ten zgrzyt w sercu, kiedy to piszę. Ale musisz wiedzieć, że okłamujemy swoje dziecko wtłaczając go w poczucie, że jest najlepsze zupełnie bezzasadnie. Świat nie jest delikatny, kiedy weryfikuje później takie dzieci.

 

TYLKO KRYTYKA?


Spokojnie, nie chodzi też o to, aby za każdym razem krytykować nasze dziecko. Jesteśmy rodzicami i to normalne, że nie jesteśmy obiektywni – taka nasza rola i to już jest niezmienne. Jeśli będziemy znów krytykować dziecko za każdym razem – podetniemy mu skrzydła i zniechęcimy a przede wszystkim zasmucimy.

Takie zachowanie spowodować może poczucie przez dziecko ograniczeń, brak realizacji swoich możliwości, niechęć do wykorzystania swojego potencjału.

 

ZŁOTY ŚRODEK


Nie wiem, czy istnieje. Ale mogę Ci powiedzieć, co ja stosuję w swoim przypadku – z korzyścią dla mnie, jako rodzica i dla mojej Córki. Otóż wskazuję Jej, co może robić lepiej. Jeśli są rzeczy, które już umie (nie piszę tutaj o rzeczach, których się dopiero uczy) i widzę, że robi je w sposób dość „niefortunny”,mówię Jej wtedy i pokazuję, jak może coś zrobić lepiej.

Dzieci zawsze będą szukać w nas, rodzicach potwierdzenia swoich zdolności, osiągnięć. Będą oczekiwały wsparcia w swoich poczynaniach. Nie możesz pozwolić sobie na brak krytycyzmu, ponieważ przyjdzie ktoś obcy, kto (obiektywnie) powie, co dziecko robi źle a jego słowa zostaną odebrane jako totalną porażkę.

Uwielbiam przywoływać w temacie porównywania fragment stand-up’u Abelarda Gizy:

MAMA: „Dlaczego masz same dwóje? Co? Pytam: dlaczego?! Ania ma same piątki!”

SYN: „Ale mamo, Jarek też ma dwóje…”

MAMA: „Inni mnie nie interesują!”

Doskonale sobie przypominam, jak sama była porównywana do moich rówieśników z klasy. Zawsze miało to miejsce po wywiadówce. Ktoś był wyczytany jako najlepszy, a ja nie. Aż do czasu, kiedy i ja zaczęłam być wyczytywana jako najlepsza uczennica. Wszystkie klasy ukończone z wyróżnieniem i czerwonym paskiem, zdarzył się nawet list gratulacyjny dla moich rodziców (za wychowanie tak zdolnego dziecka).

Ale czy to było dla mnie dobre? Niekoniecznie. Czułam się najlepsza, ale kiedy przyszedł ktoś, kto powiedział mi, że robię coś źle, w głowie zagotowało się i zawrzało: „Ale jak to?! Mama mówiła, że to, że mam świetne oceny świadczy o tym, że jestem w tym temacie najlepsza!”

 

RÓŻNIMY SIĘ OD SIEBIE


To sformułowanie powinno stać się punktem wyjścia. Bądźmy dla naszych dzieci inspiracją i wsparciem. Źródłem cennych wskazówek. Nauczycielami, którzy pokażą jak tworzyć i eksperymentować. Wskażmy swoim dzieciom różnicę pomiędzy krytyką a szeroko pojętym „hejtem”.

Nasze dzieci będą najlepsze na miarę swoich możliwości.

Twoje dziecko jest najlepsze, ponieważ jest Twoje. I Twoim niezbywalnym prawem jest przechowywać to przekonanie w głębi swojego serca.

Kochajmy swoje dzieci takie, jakimi są!

Wszystkiego dobrego dla Was! 🙂

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 2

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 2

MATCZYNE PRAKTYKI, ZDROWIE

W drugiej części chcę odnieść się do bardzo często powtarzanych stereotypów, na temat diety wegetariańskiej u dzieci. Jeśli nie widziałeś poprzedniej części, kliknij tutaj.

 

CZY TYLKO MIĘSO ZAWIERA LIZYNĘ?


Lizyna znajduje się najobficiej w roślinach strączkowych, tzn. fasoli, grochu, soi, soczewicy, otrębach pszennych (lub mące z pełnego przemiału), w mleku, serze i jajkach. Warzywa również posiadają ten aminokwas. Są nimi dynia, brukselka, groszek zielony, fasolka szparagowa, włoska kapusta, grzyby, szparagi, kalafior, szpinak, ziemniaki oraz wszystkie warzywa zielone.

Dziecko karmione w sposób urozmaicony nie jest zagrożone jakimkolwiek niedorozwojem (jak twierdzą niektóre mamy). Co to znaczy urozmaicony? Otrzymuje warzywa, owoce, produkty zbożowe z pełnego przemiału (grube kasze, pieczywo grahama lub inne z pełnej mąki), trochę tłuszczu roślinnego i masła (niewiele) oraz mały kawałek nabiału.

CO TO KWASIHORKOR?


W poprzedniej części napisałam również o często powtarzanym stereotypie, iż dzieciom wegetariańskim grozi kwashiorkor. Jest to murzyńska nazwa atrepsji, krańcowego wycieńczenia organizmu na skutek niedożywienia. Cierpią na to dzieci w krajach najuboższych oraz najprymitywniejszych, gdzie dzieci odstawiane są od piersi już po 3 miesiącach a karmione zaczynają być tzw. „nalewką cukrową” (woda nalewana na liście trzciny cukrowej). Udowodnione zostało, iż takie dzieci po pobycie w szpitalu i (zależnie od wieku) i leczeniu skoncentrowanym na podawaniu im warzyw, owoców i mleka, dzieci te szybko wracają do zdrowia.

CZY DZIECKU WEGETARIAŃSKIEMU GROZI PELAGRA?


Jest to choroba spowodowana brakiem witamin A, C, B3 a głównie witaminy PP. Tę ostatnią organizm ludzki wytwarza w przewodzie pokarmowym na skutek pewnych bakterii, ale tylko w obecności jednego z aminokwasów egzogennych, mianowicie tryptofanu. Wśród wszystkich aminokwasów, mięso tego tryptofanu posiada najmniej. Natomiast rzeczywistym jego źródłem jest: szpinak, soja, groch, marchew, kalafior, brukselka, pomidory, papryka, kapusta, zielona fasolka, ziemniaki, oraz owoce tj.: jabłka, gruszki, banany, brzoskwinie, śliwki, suszone morele, daktyle. Posiadają go również w dużej ilości orzechy i migdały, ziarna słonecznikowe i sezamowe, otręby pszenne, zboża (żyto, owies, pszenica, jęczmień, ryż, kukurydza).

NAJWIĘKSZA BOLĄCZKA – ŻELAZO…


Czy tylko w mięsie jest odpowiednia ilość?

Dziecko potrzebuje od 12 do 15mg dziennie żelaza. Lista produktów zawierających żelazo jest tak długa, że bardzo trudno wymienić wszystkie w takim wpisie. Oto niektóre z nich (w nawiasie ilość żelaza na 100g produktu): biały ser (66mg), por i seler (20mg), czosnek (41mg), chleb z otrębami lub z pełnej mąki (12mg). Żelazo zawierają również owoce (od 20 do 50mg żelaza) tj.: jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie. Bogaty w ten składnik jest również miód, oraz wszystkie zieleniny: szpinak, sałata. Ponadto soja, fasola, cykoria, ryż, jęczmień, orzechy, rodzynki, cebula, kapusta i wiele wiele innych pokarmów roślinnych również posiadają żelazo. Problem może wyniknąć z trudniejszym przyswajaniem żelaza z roślin, a łatwiejszym z mięsa. Jednak ten problem występuje dopiero wtedy, kiedy organizm blokuje białka w diecie oraz brakuje mu witaminy C i kobaltu. Kobalt występuje w kaszy gryczanej, białym serze, grzybach, jajkach, pomidorach oraz w mniejszej ilości we wszystkich produktach nierafinowanych.

CO Z SUBSTANCJAMI PODPOROWYMI?


Jeśli natomiast chodzi o substancje podporowe, których podobno dzieciom wegetariańskim brak. Powtarzane jest przekonanie, iż dziecku powinna być podawana głównie cielęcina jako źródło niezastąpionych „żeli”, bez których nie ukształtują się u dziecka kości i chrząstki. To tak, jakby powiedzieć, że jadanie mózgu cielęcego powoduje u dziecka wzrost jego mózgu, a jadanie kości powoduje wzrost jego szkieletu. W rozwijających się organizmie noworodka następują procesy przemiany materii wyznaczone genetycznie i podobnie, jak wszystkie inne elementy jego ciała, tak samo substancje podporowe powstają w komórkach SAME.

Wiadome jest równeiż to, że kolagen jest głównym składnikiem tkanki łącznej, tak cenionej w mięsie jako rzekomo niezbędny budulec dla ciała dziecka. Mało kto jednak wie, że jest to białko całkowicie odporne na działanie rozkładających enzymów. Ponieważ żaden organizm nie przyswaja białka niestrawionego, zatem organizm dziecka nie ma żadnych korzyści. Ponosi za to ogromne szkody. Wartość żeli zatem jest mitem, a balast złogów powstałych na skutek tego rośnie w ciągu następnych lat życia i jest potem nieustannym źródłem dolegliwości trawiennych oraz doskonałą pożywką dla bakterii.

PODSUMOWANIE


Mam nadzieję, że nie przeraziłam Cię ogromem dość konkretnych informacji z zakresu dietetyki, biologi itp. 🙂 Nie było to moim zamiarem. Chciałam natomiast, aby w końcu pojawił się ten temat w świecie Internetu. Mi go bowiem zabrakło w momencie zdecydowania się na dietę wegetariańską. Dostałam wiele informacji na temat szkodliwości tej diety u dziecka, ale nikt nie był w stanie powiedzieć, co z dziećmi, które już tak żyją i są zdrowe?

P.S.


W trzeciej części (która pojawi się już niebawem) podsumuję wszystkie zagadnienia ale również dam Ci znać, gdzie możesz poszukać więcej informacji na temat wegetarianizmu u dzieci. Wskażę Ci grupy na Facebooku, znane (bardziej i mniej) postaci w sieci, które pokazują fajne przepisy dla dzieci wegetariańskich. Dlatego nie przegap następnego wpisu i już teraz polub mój Fanpage na FB – KLIKNIJ TUTAJ. Dzięki temu informacja o nowym wpisie nie umknie Twojej uwadze!

Wszystkiego dobrego dla Ciebie! 🙂 Pamiętaj – nie bój się myśleć i być kimś innym, niż wszyscy w okół. Nie zawsze większość myśląca w ten sam sposób świadczy o słuszności przekazywanych przez siebie informacji. 🙂

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 1

WEGETARIAŃSKIE DZIECKO CZ. 1

MATCZYNE PRAKTYKI, ZDROWIE

W związku z rosnącą popularnością coraz to różnych odmian diety wegetariańskiej, chcę przedstawić poglądy i uzasadnienia dla poparcia słuszności wskazań diety bezmięsnej dla dzieci. Nie jestem wszechwiedząca i nieomylna, chcę to stanowczo podkreślić. Jednak piszę o tym, co jest w moim osobistym przekonaniu związane z dobrem każdego dziecka, a matki mają prawo do tego, aby usłyszeć tę opinię i podjąć decyzję według własnego uznania. Temat jest tak obszerny, że podzieliłam go na trzy części.

W tym tekście opiszę:

  1. Jaki jest naturalny proces trawienia?
  2. Co powoduje wprowadzenie do diety dziecka białka zwierzęcego?

Stara i znana prawda mówi: nasz sposób odżywiania wpływa na nasze zdrowie. Dobrze zbilansowana dieta jest szczególnie istotna w pierwszych latach życia, kiedy wszystkie niedobory mogą rzutować na rozwój fizyczny i intelektualny człowieka.

Jakkolwiek coraz więcej ludzi na świecie akceptuje wskazania diety wegetariańskiej, o tyle najwięcej niepewności i wahań wzbudza ten temat w przypadku zastosowania tej diety u dzieci.

CO TO W OGÓLE WEGETARIANIZM?


Zacznijmy od początku. Łacińskie słowo „vegetare” znaczy rosnąć, kwitnąć, rozwijać się; „vegetus” znaczy zdrowy, silny, ochoczy; „”vegetator” zaś to ten, który daje życie, a „vegetamen” to siła życiodajna. Każdy, kto po raz pierwszy spotyka się z tą nazwą wychwytuje z niej tylko negatywny i okrojony akcent – to znaczy: wegetarianizm polega na niejadaniu mięsa. Koniec. W rzeczywistości jest to dopiero pierwszy krok wiodący w sferę różnorodnych, nowych spraw i problemów, zarówno żywieniowych jak i zdrowotnych, materialnych, ekonomicznych, filozoficznych i wielu innych. Sama informacja o tym, co się jada a czego się unika to dopiero wprowadzenie do dalszych wyjaśnień, dotyczących motywacji i przyczyn tego postępowania.

Współcześni rzecznicy i zwolennicy wegetarianizmu nie przekazują poglądów zupełnie nowych i niespotykanych w historii. Wegetarianami byli m.in. Sokrates, Platon, Pitagoras, Hipokrates, Leonardo da Vinci, Izaak Newton, Wolter, Lew Tołstoj, Bernard Shaw i wielu innych znakomitych myślicieli, pisarzy, malarzy oraz uczonych filozofów.

JAK JEST NATURALNIE?


Obiecałam napisać o naturalnym procesie trawienia, zatem przechodzę teraz do tego tematu. Układ pokarmowy człowieka jest przystosowany do procesu trawienia, który polega na przetwarzaniu i przyswajaniu jedzenia roślinnego – warzyw, zbóż i owoców. Zawartość białka jest tutaj niewielka i nie powoduje wydzielania śluzu w ilościach charakterystycznych dla „alarmowego zagrożenia organizmu” inwazją skoncentrowanego białka zwierzęcego (jeśli nie wiesz co to, czytaj dalej, w tekście to wyjaśniam). Przewód pokarmowy roślinożercy białka roślinne wchłania łatwo i łagodnie w całości, ponieważ nie ma zatorów śluzowych spowodowanych rozkładem białka zwierzęcego.

Każde niemowlę rodzi się właśnie jako istota roślinożerna i w sposób naturalny przystosowana do pożywienia roślinnego. W pierwszym okresie życia mleko mamy jest dla niego podstawowym i kompletnym źródłem wartości odżywczych, z białkiem włącznie. W mleku matki białka jest około 1,6% i pomimo niewielkiej ilości wystarcza, żeby w przeciągu pierwszego roku życia waga niemowlęcia wzrosła aż trzykrotnie!

CO SIĘ DZIEJE, GDY NIE JEST NATURALNIE?


Zastanawiasz się pewnie teraz, co oznacza owa „alarmowa reakcja organizmu” na białko zwierzęce? Otóż jest to m.in.: seria zatruć pokarmowych, niestrawność, biegunki. Zwiększone wydzielanie śluzu w przewodzie pokarmowym powoduje jego zaklejenie warstwą kosmków jelitowych, a to ogranicza ich chłonność i bywa, że u dzieci zjadających dostateczną ilość jedzenia, zaczynają występować objawy niedoborów pokarmowych.

Śluz w nadmiarze wydziela się u dzieci nie tylko w przewodzie pokarmowym ale również w drogach oddechowych. Dziecko wchodzi wtedy w okres tzw. „zaziębień” – uporczywe katary, anginy, zapalenia uszu, gardła i oskrzeli. Jest to sposób organizmu ludzkiego na pozbycie się nadmiaru śluzu który jest doskonałą pożywką dla wszelkich bakterii chorobotwórczych. Owe zaziębienia powodują, że zaczynamy dziecko cieplej ubierać (już po wyleczeniu, ponieważ niesłusznie uważamy, że wcześniej ubieraliśmy dziecko za lekko i stąd to przeziębienie), to powoduje przegrzewanie się dziecka, kolejną chorobę, w ruch idą antybiotyki a to powoduje wyjałowienie organizmu z witamin i czyni go podatnym na różne schorzenia spowodowane ich brakiem… W ten sposób dziecko zostaje wmanewrowane w cały kołowrót zdrowotnych kłopotów i dramatów, właściwych wszystkim ludziom odżywiającym się według przyjętych standardów, opartych na przekonaniu o potrzebie jadania mięsa.

Znany i ceniony pediatra polski, prof. Mieczysław Michałowicz w swojej podstawowej książce „Odżywianie dziecka do pierwszego roku życia” pisze:

„Z podawaniem mięsa można śmiało powstrzymać się do końca trzeciego półrocza życia. Dzieci żywione bez mięsa chowają się doskonale, natomiast zbyt wczesne i zbyt obfite włączenie mięsa do jadłospisu dziecka, może spowodować zaparcie i wywołać nawet zatrucie.”

W dzisiejszym świecie panuje wszechobecna nagonka na mamy, które nie chcą karmić swoje dzieci mięsem. Tłumaczy się to obawą o zdrowie maluchów, podważając tym samym zdanie matki i jej intuicję. Mam tu na myśli oczywiście odpowiedzialne mamy, które bez wcześniejszych mocnych i ugruntowanych przesłanek nie podjęłyby decyzji o niewprowadzeniu mięsa do diety dziecka. Nie robią tego dla zasady lub w wyniku „mody”, lecz po wcześniejszym zbadaniu tematu.

CZY TO KRZYWDZĄCE?


Pozbawianie dziecka rosołowych zupek, a potem mięsa, uważa się za mocno nierozsądne. Jest to jednak mylne pojęcie, które panuje ze względu na wszechobecnie panujące stereotypy tj.:

– tylko mięso zawiera lizynę, jeden z aminokwasów egzogennych, niezbędnych do syntezy białka w organizmie…

– dziecku pozbawionemu mięsa grozi niedorozwój, kwashiorkor, pelagra, debilizm, awitaminoza i ogólne charłactwo…

– tylko w mięsie jest żelazo…

– w mięsie znajdują się substancje podporowe, bez których kości i tkanka łączna ciała dziecka nie mogłyby się ukształtować…

C.D.N.


W kolejnej części odpowiem na te nieuzasadnione przekonania i napiszę Ci, jak bardzo są one krzywdzące i nieprawdziwe.

A może jednak jest w nich cząstka zasadności? Przekonasz się, czytając kolejną część. Aby Cię nie ominęła, zachęcam Cię do polubienia mojego fanpage na Facebooku – stamtąd dowiesz się od razu o kolejnym wpisie.

Jeśli masz do mnie jakieś pytania lub zastanawiasz się, skąd czerpię informację, napisz do mnie na mail: kontakt@prezesmama.pl

Chętnie poczytam również o Twoich doświadczeniach z wegetarianizmem w diecie dziecka.

UWAGA: NOWORODEK W INTERNECIE!

UWAGA: NOWORODEK W INTERNECIE!

MATCZYNE PRAKTYKI, PSYCHOLOGIA

Każda mama uważa, że jej dziecko jest najładniejsze. Rozumiem to, odkąd sama stałam się mamą. Rozumiem też tę nieodpartą ochotę pokazania swojego dziecka całemu światu. Każdy uśmiech, każdy grymas czy każda stylizacja – dlaczego nie pochwalić się tym skarbem z innymi?

Z każdej strony młode mamy (tatusiów zresztą też) kusi perspektywa łatwości w dostępie do social mediów. Wystarczy założyć konto na Instagramie, dodać odpowiednie hasztagi i 100 serduszek (polubień) od razu podnosi nasz poziom dopaminy. Czujemy się popularni, potrzebni. Czujemy, że zaistnieliśmy.

Po co to wszystko? Bo mamy taką możliwość. Korzystamy z wynalazków XXI wieku i czerpiemy przyjemność z każdego „lajka” czy pozytywnego komentarza. W świecie wirtualnym łatwiej jest odpowiedzieć na komentarz, nawiązać kontakt z nieznajomymi, edytować coś czy usunąć.

ZARABIAM NA DZIECKU


Często też na internetowej aktywności zarabiamy. Jest to coraz bardziej popularna forma „zarabiania na dziecku”. Kojarzy mi się to z „metodą na wnuczka” – tylko w tym drugim przypadku okradamy babcie z pieniędzy, a w tym pierwszym okradamy dziecko z intymności.

Zastanów się – dla kogo to robisz? Dla siebie, czy dla innych? Najgorsze w tym jest to, że tak trudno jest wyznaczyć sobie granice pomiędzy tym, co osobiste a co intymne.

Znalazłam jednak doskonały sposób na to, żeby łatwo określić, gdzie jest ta granica zdrowego rozsądku.

Odpowiedz sobie na pytanie: czy zdjęcia swojego dziecka, które publikujesz w Internecie są tymi, które ono samo chciałoby pokazać? Czy będzie Ci za to w przyszłości wdzięczne? Czy też będzie miało żal, że (przepraszam za sformułowanie) odarłeś je z intymności? Niestety rzadko kiedy zastanawiamy się nad tym, jaki skutek długofalowy będą miały upubliczniane każde ważne momenty życia dziecka.

Ze względu na to, iż zjawisko social mediów jest stosunkowo nowe, nie wiadomo, jak będą funkcjonowały w przyszłości dzieci, które od wczesnego dzieciństwa żyją równolegle i są poddawane ocenie w dwóch światach – realnym i wirtualnym. Dzisiaj możemy jedynie zastanawiać się nad tym i gdybać. Czy ułatwi im to radzenie sobie z podleganiem ciągłej ocenie w życiu codziennym? Czy też dzieci te będą potrzebowały odcięcia się od ciągłej obserwacji? Jak będzie wyglądać ich samoocena?

WIDZĘ CIĘ DZIECKO…


Pragnę jednak podkreślić najbardziej niebezpieczny aspekt, o którym zdaje się zapominamy przy każdym zdjęciu. Czy wiesz, do czego inni ludzie mogą je wykorzystać? Czy zastanawiasz się, jakie informacje na temat Twojej rodziny udostępniasz obcym osobom? Czy jesteś w stanie przewidzieć intencje odbiorców po drugiej stronie monitora? Świat Internetu jest niebezpieczny. Jest to coraz częściej wykorzystywane miejsce do giełdy dziecięcych postaci.

Być może dopiero teraz, czytając ten artykuł odpowiesz sobie na pytanie, które za chwilę zadam. Mianowicie: czy zastanawiasz się nad tym, czy Twoje dziecko staje się celem dla handlarzy żywym towarem oraz pożywką dla pedofilów? Zdjęcia kąpiących się bobasów to „norma”, która może się okazać gwoździem do trumny dziecka.

Udostępniając w sieci swoją prywatność pokazujesz swoje ulubione miejsca, swój dom, swój ogród, okolicę, rodzinę, znajomych, zwyczaje, rozkład dnia/tygodnia… Nie martw się – ja też dopiero się uczę poruszania w świecie wirtualnym. Od samego początku nie chciałam udostępniać zdjęć swojej Córy Jedynej w sieci, ale pomimo to czułam, że dalej udostępniam za wiele momentów z życia.

Dlaczego o tym piszę? Poruszam ten temat, ponieważ dostrzegam dużo dobrego w świecie wirtualnym, ale tylko wtedy, kiedy przestrzegamy zasady ograniczonego zaufania (zupełnie jak na drodze). Nowinki są rzecz jasna dla ludzi, ale trzeba podchodzić do nich umiejętnie.

Życzę tego i Tobie i sobie!