Każda mama uważa, że jej dziecko jest najładniejsze. Rozumiem to, odkąd sama stałam się mamą. Rozumiem też tę nieodpartą ochotę pokazania swojego dziecka całemu światu. Każdy uśmiech, każdy grymas czy każda stylizacja – dlaczego nie pochwalić się tym skarbem z innymi?

Z każdej strony młode mamy (tatusiów zresztą też) kusi perspektywa łatwości w dostępie do social mediów. Wystarczy założyć konto na Instagramie, dodać odpowiednie hasztagi i 100 serduszek (polubień) od razu podnosi nasz poziom dopaminy. Czujemy się popularni, potrzebni. Czujemy, że zaistnieliśmy.

Po co to wszystko? Bo mamy taką możliwość. Korzystamy z wynalazków XXI wieku i czerpiemy przyjemność z każdego „lajka” czy pozytywnego komentarza. W świecie wirtualnym łatwiej jest odpowiedzieć na komentarz, nawiązać kontakt z nieznajomymi, edytować coś czy usunąć.

ZARABIAM NA DZIECKU


Często też na internetowej aktywności zarabiamy. Jest to coraz bardziej popularna forma „zarabiania na dziecku”. Kojarzy mi się to z „metodą na wnuczka” – tylko w tym drugim przypadku okradamy babcie z pieniędzy, a w tym pierwszym okradamy dziecko z intymności.

Zastanów się – dla kogo to robisz? Dla siebie, czy dla innych? Najgorsze w tym jest to, że tak trudno jest wyznaczyć sobie granice pomiędzy tym, co osobiste a co intymne.

Znalazłam jednak doskonały sposób na to, żeby łatwo określić, gdzie jest ta granica zdrowego rozsądku.

Odpowiedz sobie na pytanie: czy zdjęcia swojego dziecka, które publikujesz w Internecie są tymi, które ono samo chciałoby pokazać? Czy będzie Ci za to w przyszłości wdzięczne? Czy też będzie miało żal, że (przepraszam za sformułowanie) odarłeś je z intymności? Niestety rzadko kiedy zastanawiamy się nad tym, jaki skutek długofalowy będą miały upubliczniane każde ważne momenty życia dziecka.

Ze względu na to, iż zjawisko social mediów jest stosunkowo nowe, nie wiadomo, jak będą funkcjonowały w przyszłości dzieci, które od wczesnego dzieciństwa żyją równolegle i są poddawane ocenie w dwóch światach – realnym i wirtualnym. Dzisiaj możemy jedynie zastanawiać się nad tym i gdybać. Czy ułatwi im to radzenie sobie z podleganiem ciągłej ocenie w życiu codziennym? Czy też dzieci te będą potrzebowały odcięcia się od ciągłej obserwacji? Jak będzie wyglądać ich samoocena?

WIDZĘ CIĘ DZIECKO…


Pragnę jednak podkreślić najbardziej niebezpieczny aspekt, o którym zdaje się zapominamy przy każdym zdjęciu. Czy wiesz, do czego inni ludzie mogą je wykorzystać? Czy zastanawiasz się, jakie informacje na temat Twojej rodziny udostępniasz obcym osobom? Czy jesteś w stanie przewidzieć intencje odbiorców po drugiej stronie monitora? Świat Internetu jest niebezpieczny. Jest to coraz częściej wykorzystywane miejsce do giełdy dziecięcych postaci.

Być może dopiero teraz, czytając ten artykuł odpowiesz sobie na pytanie, które za chwilę zadam. Mianowicie: czy zastanawiasz się nad tym, czy Twoje dziecko staje się celem dla handlarzy żywym towarem oraz pożywką dla pedofilów? Zdjęcia kąpiących się bobasów to „norma”, która może się okazać gwoździem do trumny dziecka.

Udostępniając w sieci swoją prywatność pokazujesz swoje ulubione miejsca, swój dom, swój ogród, okolicę, rodzinę, znajomych, zwyczaje, rozkład dnia/tygodnia… Nie martw się – ja też dopiero się uczę poruszania w świecie wirtualnym. Od samego początku nie chciałam udostępniać zdjęć swojej Córy Jedynej w sieci, ale pomimo to czułam, że dalej udostępniam za wiele momentów z życia.

Dlaczego o tym piszę? Poruszam ten temat, ponieważ dostrzegam dużo dobrego w świecie wirtualnym, ale tylko wtedy, kiedy przestrzegamy zasady ograniczonego zaufania (zupełnie jak na drodze). Nowinki są rzecz jasna dla ludzi, ale trzeba podchodzić do nich umiejętnie.

Życzę tego i Tobie i sobie!